O tym, że więcej jest dobrych ludzi wśród biednych, niż bogatych wiadomo jeśli nie z dorosłej obserwacji, to chociażby z bajek opowiadanych dzieciom na dobranoc. Ja najbardziej się utwierdzam w tym poglądzie, kiedy jeżdżę stopem. Kiedy widzę zajebistą i drogą furę, to wiem, że nawet nie warto ręki podnosić. Bo jedyne co bym otrzymał to pogardliwe spojrzenie i wyraz twarzy mówiący „jeszcze kurwa czego”. Za to im samochód gorszy i starszy tym bardziej rosną szansę na złapanie okazji. A kiedy na horyzoncie pojawia się maluch lub jaki dojechany poldek, to już wiem, to już mam 100% gwarancji. I zawsze są to przemili ludzie, z którymi aż miło pogawędzić, ba! aż chce się jechać dalej.

Boże mój najdroższy. Jeżeli kiedyś uczynisz mnie milionerem, a ja bym stał się nowobogackim snobem, zabierz mnie to wszystko, jak niegdyś dla Hioba, bym mógł dalej być ludzkim człowiekiem…

Papierosy są jedną z nielicznych radości tego świata. Palę jakieś 7 miliardów fajek dziennie, ale tym najważniejszym jest ten pierwszy z rana. Czasem niestety zdarza się, że nie smakuje tak jak powinien, a to bardzo źle wróży na bieżący dzień. Wtedy palę fajka za fajkiem, dopóki nie zasmakuje jak należy. Czasem trzeba czekać na to aż do popołudnia, albo nawet wieczoru. I dopiero wtedy można zacząć prawilny dzień…

It’s a long lonely journey from death to birth.

Moja ulubiona pora dnia, to kiedy z jednej strony ciemność nocy i księżyc, a z drugiej świt oznajmia niedługie przebycie słońca. A po środku ja i szarość. Ani to noc, ani to dzień. Dawniej uważano to za magiczną porę, coś pomiędzy, np. między światem fizycznym i duchowym. Wtedy to harcują różne duchy, dobre i złe jak ja, a ludzi budzą szczekające psy.
Ni to dzień, ni to noc. Ni to śmierć, ni to życie. I choć jest to moja pora, to czuję, że utknąłem.
Czuję się martwy w środku, ale zmarli przecież nie czują. A więc jednak trochę żyję. Ale optymistycznie patrząc, mogę posłużyć za nawóz, bo nawet na trupach rosną czasem kwiaty, co nie raz udowodniłem swoją twórczością.
A może ja się po prostu jeszcze właściwie nie narodziłem i jestem na tej, jak to śpiewa Michael Pitts, długiej, mrocznej i samotnej drodze od śmierci do narodzin?

Choć jestem umiarkowanym pacyfistą (czyli przemoc jedynie w ostateczności, w obronie siebie, bliskich, kraju, wartości) i bydło szukające na mieście zaczepki uważam za podludzizm, to jednak muszę przyznać, że nie ma nic rozkoszniejszego od dania komuś w mordę. Mogę nie pamiętać swojego pierwszego razu z dziewczyną, ale pamiętam ze wszystkimi szczegółami pierwszy raz, gdy dałem komuś po mordzie (4 klasa podstawówki).
Nawet jeżeli moje szanse są nikłe, to ten pierwszy cios należy do mnie i nikt mi tego nie odbierze. Tylko że facet nie wie, że obrywa nie tylko za bycie mendą. Obrywa za to, za to że baba która nie wie co kierunkowskaz omal mnie nie potrąciła, za wczorajszego kaca i za psie gówno w które wdepnąłem. Obrywa za wygazowane piwo i za to że świat nie jest taki, jaki być powinien.
Całe to gówno, cała ta frustracja i złość kumuluje się w pięści. I nawet jeżeli potem sam muszę wypluwać zęby, to jednocześnie przeżywam prawdziwe katharsis, oczyszczenie…

W najnowszym „Widoku” ukazało się jedno z moich najstarszych opowiadań, „Piekło, które zamarzło”. Można poczytać również tu: http://edwardhorsztynski.blog.pl/2013/01/18/pieklo-ktore-zamarzlo/

Kiedy się opierdalam, mam kaca z powodu straconego czasu, a kiedy zapierdalam jak dziki osioł, wkurwiam się, że robię za mało. Choćbym od rana do rana stukał w klawiaturę i tak będę z siebie niezadowolony. Czasem się pocieszam, że przecież jestem młooody, że mam jeszcze szmat czasu. A potem słyszę tykanie i oczami wyobraźni widzę Kostuchę ze złotym rolexem, pukającą w tarczę zegarka. Bo nikt nie zna dnia ani godziny. I może nawet kiedy to piszę, już mi szykują w Piekle mój własny kocioł.
Ale nie boję się śmierci i mógłbym ją powitać jak starego przyjaciela. To co naprawdę mnie przeraża to to, że nie zdążę napisać tego wszystkiego, co mnie się w głowie nazbierało. A takiego Konstantego Kalinowskiego z „Szeptuna”, czy Alesia Miklaszewicza z „Obdartego” czeka wieczny Czyściec w postaci szuflady, a to co jeszcze siedzi w głowie, a nie zostało napisane – niebyt.

Szczęście i stabilność

Dziwne trochę to uczucie, kiedy moi rówieśnicy się żenią/wychodzą za mąż, robią dzieci i karierę (np. poprzez awans z biedronkowego kasjera na kierownika działu z psią karmą*), a ja wciąż próbuję jakoś ogarnąć swoje życie. A że trwa to niemiłosiernie długo i niezbyt mi wychodzi, to chyba dlatego, że podświadomie wcale tego nie chcę. Bo szczęście i stabilizacja sprzyjają stagnacji i są wrogiem twórczości. Bo od bycia szczęśliwym wolę samą pogoń za szczęściem. To podobnie jak z miłością. Ile wierszy czy wspaniałej literatury powstało z powodu niespełnionej miłości, lub traktuje o dążeniu do niej? Teraz jestem w stałym związku ze wspaniałą dziewczyną, nie mam na co narzekać i choć nasze uczucie wciąż jest gorące i co jakiś czas rozpala się na nowo, to jednak najlepiej wspominam czas, gdy musiałem się o Nataszę starać, a świeża, kwitnąca miłość mnie uskrzydlała. Więc tak jak z pojęciem szczęścia, pogoń za miłością, lub melancholijne czekanie na nią, wydaje się bardziej ekscytujące. A czasem niestety wydaje mi się, że jestem zakochany nie w osobie, a w samej idei miłości.
A i choć fajnie by było mieć stabilność (chociażby tylko finansową, bez martwienia się o jutro) to jednak najlepiej się odnajduję w chaosie, który sam wokół siebie tworzę, jeżeli go nie ma.
Kiedyś zapewne wiek, dzieci i stała praca zmusi mnie do ustabilizowania i ustatkowania się. Ale dzięki temu, że w dorosłe życie wkroczyłem jak żołnierz bez karabinu na wojnę, oraz temu że życia uczyłem się na błędach, przeżyłem piekło nałogów, ciężką i długotrwałą depresję, kilkutysięczne długi, kilka prób samobójczych, oraz poważne problemy zdrowotne, jestem już w pełni zahartowany. I kiedy ci wspomniani powyżej rówieśnicy będą się rozwodzić, wpadać w alkoholizm z powodu utraty pracy, przeżywać problemy finansowe i zdrowotne**, ja wszystko co najgorsze będę miał już za sobą. I choć mój życiowy start był ciężki, to cieszę się, że to się stało teraz, a nie kiedy będę miał dom, rodzinę, czy samochód, który zabrałby mi komornik.
Dzięki Bogu, bliskim i mojej własnej wewnętrznej sile ten najgorszy okres mojego życia jest już zamkniętym rozdziałem mojej autobiografii. I choć jeszcze wiele mi brakuje do pełnej ogarniętości, to mogę iść z podniesionym czołem przez życie i nic mnie już nie straszne.

E.H.

* A tak naprawdę, to wcale się nie naśmiewam, bo wiem jak ciężko o normalną pracę w dzisiejszych czasach.
** … i broń Boże, nikomu źle nie życzę, wręcz przeciwnie

Wspomnienie o Pawle Szeremiecie

Cztery dni temu w Kijowie został zamordowany Paweł Szeremiet. Większości Białorusinów i niektórym Ukraińcom nie trzeba przedstawiać ani tej postaci, sytuacji. Dlatego napiszę kilka słów po polsku. Bo warto.
Kiedy polskie pseudodziennikarzyny pokroju Tomasza Lisa płaczą, że w Polsce „hurr durr, reżim, dyktatura, państwo milicyjne, hurr durr totalitaryzm, aresztowania” bo nie przedłużyli mu umowy na program, za który dostawał 100tyś zł za odcinek i chodzą na marsze KODu, które wcale nie są zakazane, policja nikogo nie pałuje, a mimo to krzyczą o aparacie represji i terrorze, Paweł Szeremiet walczył z prawdziwymi dyktatorami i naprawdę ryzykował zdrowiem, wolnością, utratą pracy, a nawet życiem. Do czego w końcu niestety doszło.
Już w 1997 roku podpadł Łukaszence, gdy zrobił reportaż o białorusko-litewskim szlaku przemytniczym sankcjonowanym przez władzę Łukaszenki. Robił swoje niewygodne dla władzy reportaże i chodził też na demonstracje, na których milicja pałowała dziennikarzy tak samo jak i resztę demonstrantów. Za wspomniany wcześniej reportaż został aresztowany wraz ze swoim przyjacielem i stałym kamerzystą – Dźmitrym Zawadskim. Niedługo potem wyjechał do Rosji, co być może uratowało mu życie, bo w 2000 roku Zawadski został zamordowany przez służby Łukaszenki i tak sam los mógł spotkać Szeremieta.
Będąc w Rosji dalej walczył z dyktaturą na Białorusi, aż w Rosji pojawił się Putin, a dla Pawła przybył jeden wróg więcej. Dlatego z czasem przeniósł się na Ukrainę. Warto też dodać, że w Moskwie zaprzyjaźnił się z rosyjskim opozycjonistą, Borysem Niemcowem, który został zamordowany przez siepaczy Putina rok temu.
Paweł przez jedenaście lat był zagranicznym korespondentem niektórych polskich mediów, na Ukrainie pracował dla „Ukraińskiej Prawdy” i „Wiesti”, ale przede wszystkim był ojcem portalu „Biełorusskij Partizan”.
Jego życie zakończyło się w stylu mafijnych porachunków, czyli bombą podłożoną w samochodzie. Do eksplozji doszło w centrum Kijowa, gdy Paweł jechał jak co dzień do pracy…
Za swoją odwagę, wytrwałość i niezłomność, Paweł Szeremiet zasługuje na szacunek. A dla takich młodych dziennikarzy jak ja, powinien być wzorem do naśladowania. Wiecznaja pamiać.

Curriculum vitae

Od małego byłem bardzo niesfornym i kłopotliwym dzieciakiem. W sumie to równie dobrze mógłbym mieć wypisane na czole słowo „KŁOPOTY”. Im jestem starszy, tym coraz rzadziej mogę coś dodać do mojego „CV przypałów”, ale jednak niedawno dopisałem do niego kolejny punkt: spierdalanie z pogotowia z podłączoną kroplówką. I mam zamiar jeszcze co nie co dopisać, zanim naprawdę się zestarzeję…

Pisanie pozbawia cennego uczucia wstydu

Pisanie pozbawia cennego uczucia wstydu. I to wcale nie musi być pisanie o sobie. Zanim słowa i myśli każdej postaci czy narratora zostaną przelane na papier, muszą się najpierw stać moimi myślami. Niektóre myśli wnioski i poglądy rzeczywiście są moje, a pisarstwo nie od dziś kojarzy mi się z pewną formą ekshibicjonizmu. A może nawet jest ekshibicjonizm najbardziej zaawansowany, gdyż nie pokazuje ciała, tylko to co w środku i bardziej intymne od nagości. A z przyzwyczajenia powstaje potrzeba uzewnętrzniania się nie tylko za pomocą literatury.
Moja dziewczyna często zwraca mi uwagę, że za bardzo ograniczam swoją prywatność poprzez pisanie na blogu, czy facebooku. Ale przecież nie wrzucam stu zdjęć dziennie, nie oznaczam każdego miejsca w którym byłem, nie piszę co jadłem na śniadanie, ani że dupa mnie oszukała (nie, nie, Nataszka jest święta i w moim prywatnym kanonie już dawno została beatyfikowana. Pisząc, że dupa mnie oszukała miałem na myśli np. taką sytuację, że mnie przycisnęło, a jak usiadłem na kibel to… nic). A jeżeli okażę się sadystą i sprowadzę na ten nienajlepszy ze światów malutkiego Edzika, na pewno nie będę wrzucał co 5 minut jego zdjęcia z obsranym dupskiem. Tak więc nie, nie jestem takim typem człowiekiem i tego rodzaju ludźmi gardzę całkiem mocno.
To jest bardziej jak dawne upuszczanie krwi dla zdrowia. Tak i ja co jakiś czas muszę wyrzucić z głowy trochę myśli, zanim ciśnienie śródczaszkowe rozsadzi mi łeb.