Witaj nowy wspaniały świecie

Pesymiści i fantaści myśląc o przyszłości często widzą ją w realiach Orwellowskich. Tymczasem wszystko zmierza w stronę wizji Huxleya zawartej w jego „Nowym wspaniałym świecie”. Ale ja nie chcę porównywać tych wizji ogółem, tylko skupić się na mediach.
U Orwella dostęp do informacji jest jak w klasycznym ustroju totalitarnym. Dostęp do informacji jest ograniczony przez Ministerstwo Prawdy i żaden inny przekaz informacji nie istnieje. U Huxleya człowiek jest bombardowany informacjami z każdej strony. Większość tego to albo głupoty albo kłamstwa. Prawda też jest, lecz gdzieś tam pomiędzy reklamą nowego proszku do prania, a jakąś zmyśloną bzdurą. Wyłowienie prawdy z tego informacyjnego szumu graniczy z cudem. Co sprawia również, że ludzie stają bardzo bierni na to co słyszą.
Media w wizji Huxleya wydają mi się o wiele gorsze, gdyż z jedną jedyną tubą propagandową ludzie jakoś sobie radzili. Bo jeżeli w „Prawdzie” czy „Izwiestiach” napisano, że jest tak i tak, to znaczy, że jest kompletnie na odwrót, a oczywista propaganda jest zbyt oczywista. Zdecydowanie gorzej dla prawdy jest gdy trzeba ją wyciągnąć z worka pełnego fake newsów, manipulacji, reklamy nowego tableta, propagandy, nowej bielizny Dody, kolejnych fake newsów i info o nowym chłopaku Weroniki Rosati.
I teraz jesteśmy tutaj, w Polsce, choć to samo dzieje się wszędzie, aczkolwiek skupmy się na polskich realiach.
Ci którzy nazywają TVP propagandową tubą PISu mają jak najbardziej rację. Tyle że ja nazywałem TVP telewizją reżimową i 4 lata temu i 8 lat temu… Skoro jest to telewizja państwowa, nikogo nie powinno dziwić, że znajduje się w rękach władzy, jaka by ta władza nie była. Nie ma nic złego w stronniczości, każdy dziennikarz i publicysta posiada jakieś poglądy i jeżeli ktoś nazywa się najobiektywniejszym obiektywnym obiektywistą to po prostu kłamie.
To co mnie przerażało wcześniej to ogrom manipulacji, który potęgował się wraz ze wzrostem napięcia politycznego.
Po przekraczaniu każdej kolejnej granicy bezczelności, poprzeczka moralności opadała coraz niżej, więc gdy zwykła manipulacja już nie wystarcza, jesteśmy coraz bardziej bombardowani fake newsami.
Teraz przerażają mnie fake newsy, które choćby nazywane „postprawdą” wciąż są kłamstwami. I jest to zjawisko coraz powszechniejsze…
O ile wcześniej takie fake newsy były dziełem różnych internetowych trolli, to dziś o różnych sierotach z Aleppo czy innych niewypowiedzianych przez kogoś słowach słyszymy od poważnych mediów, mających miliony słuchaczy/czytelników/widzów.
Najgorsze jest to, że tych wszystkich manipulacji i fake newsów nikt nie prostuje. Rzecz poszła w eter, jakiś post udostępniło kilka tysięcy ludzi, jeszcze więcej osób usłyszało o tym w TV, a prawda? Prawda jest gdzieś tam, na krańcu internetów, u tych paru dzielnych ludzi z różnych facebookowych zakątków, którzy weryfikują i sprawdzają informacje. Za darmo.
Problemem jest też to, że twórców różnych wierutnych kłamstw nikt nie pociąga do odpowiedzialności i czują się zupełnie bezkarni. Ot przykład: „dziennikarz” wyborczej, Paweł Wroński napisał kłamstwo o innym dziennikarzu Marcinie Makowskim. Gdy pan Makowski napisał na tweeterze, że jest to kłamstwo, Wroński odpowiedział „No i co z tego?”. No i co z tego, moi drodzy?
W fake newsach przodują przede wszystkim media związane z poprzednim establishmentem, zarówno w Polsce jak i USA. Im więcej czasu mija od stracenia monopolu na informację, tym bardziej rośnie ich frustracja, tym bardziej wszystkie chwyty dozwolone, a że u tzw. postępowców moralność stoi na niższym poziomie? Im niższa moralność i frustracja tym więcej chwytów do wykorzystania.
Bombardowani jesteśmy również informacjami prawdziwymi, lecz one są jedynie tematami zastępczymi. Za każdym razem kiedy wszystkie media huczą o gejach, aborcjach i Owsiakach to wiedz, że coś się dzieje. Bo gdy wtedy wyborcy PISu i PO/.N skaczą sobie do gardeł, posłowie PISu i PO/.N w pełnej zgodzie szykują coś co uderzy w nas wszystkich. A później znów mogą publicznie się nie lubić.
W skutek takiej degeneracji mediów, część ludzi jest coraz bardziej bierna wobec informacji, a część łyka wszystko jak pelikan rybę.
Ciekawym przykładem jest też jak jakiś czas temu to co było teorią zostało pokazane w praktyce. Mówię tu pewnym odcinku programu „Studio Polska”. Na początku programu prowadzący powiedział „właśnie otrzymaliśmy informację, że Ryszard Petru został aresztowany przez UOP z powodu szpiegostwa na rzecz innego kraju”. Kilka sekund później powiedziano, że jest to nieprawda, a tematem dzisiejszego programu będzie jak powstają fałszywe informacje. Co zaś zrobiły pozostałe media? „TVP kłamie o Ryszardzie Petru! Nowoczesna szykuje pozew! Bezczelna propaganda TVPis!!!”. Jakoś nie wyobrażam sobie, że twórcy tych artykułów obejrzeli tylko pierwsze sekundy tego programu i po usłyszeniu takiej szokującej informacji przełączyli na „Barwy szczęścia”. A nawet gdyby, to w tamtej celowo fałszywej informacji była podpowiedź, że jest to fake. Bo jak UOP mógł aresztować Petru skoro nie istnieje od wielu lat?
To było zabawne i straszne za razem, patrzeć jak media postępują dokładnie w taki sposób, jaki został omówiony w tym programie. Absurd, niczym u Monty Pythona.

Tak jak XX wiek był erą atomu, tak XXI wiek jest erą informacji. Dziś za pomocą mediów tradycyjnych i internetu czyni się więcej szkód niż dzięki czołgom, pociskom i karabinom. Witaj nowy wspaniały świecie.

Jestem zły… ]:->

Wkurwiłem wczoraj Złego, a on wkurwił mnie. I teraz jestem zły…, tak dobrze zły.
Przez ostatnie miesiące starałem się wyciszyć i wyszło to mi aż za dobrze. Tak się wyciszyłem, że stałem się martwy w środku jak jeszcze nigdy w życiu. Jakbym był duchem czy echem.
Pamiętałem uczucia, ale ich nie czułem. Wyobrażałem je sobie, jak jakiś socjopata. Patrzyłem jak wszystko przemija i nic nie robiłem, ponieważ martwi nie mają siły sprawczej. Byłem dla wszystkich miły i uprzejmy, bo to akurat nic nie kosztuje.
No i Zły, mój rogaty, posiadający czarne skrzydła przyjaciel i nieprzyjaciel w jednym, wkurwił się. „Zrób że coś do cholery! Cokolwiek! Czy to dobrego, czy złego! Walnij ze mną po piwku, albo zagraj mi na nosie by znów wyszło na Twoje. Zrób coś wielkiego, albo chociaż pierdnij, żebym wiedział że żyjesz”.
No i pierdłem mu w nos. W moich oczach znów zagościły złośliwe chochliki, umysł się wyostrzył jak miecz zrobiony przez Hattori Hanzo, a palce zaczęły skakać po klawiaturze jak u pianisty z adhd.
Jestem zły, ale tak dobrze zły. Jak Terminator, który rzuca przeklina, kozackie teksty, rozpierdala złych kolesi, ratuje laski i resztę świata.
„Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”

O tym, że więcej jest dobrych ludzi wśród biednych, niż bogatych wiadomo jeśli nie z dorosłej obserwacji, to chociażby z bajek opowiadanych dzieciom na dobranoc. Ja najbardziej się utwierdzam w tym poglądzie, kiedy jeżdżę stopem. Kiedy widzę zajebistą i drogą furę, to wiem, że nawet nie warto ręki podnosić. Bo jedyne co bym otrzymał to pogardliwe spojrzenie i wyraz twarzy mówiący „jeszcze kurwa czego”. Za to im samochód gorszy i starszy tym bardziej rosną szansę na złapanie okazji. A kiedy na horyzoncie pojawia się maluch lub jaki dojechany poldek, to już wiem, to już mam 100% gwarancji. I zawsze są to przemili ludzie, z którymi aż miło pogawędzić, ba! aż chce się jechać dalej.

Boże mój najdroższy. Jeżeli kiedyś uczynisz mnie milionerem, a ja bym stał się nowobogackim snobem, zabierz mnie to wszystko, jak niegdyś dla Hioba, bym mógł dalej być ludzkim człowiekiem…

Papierosy są jedną z nielicznych radości tego świata. Palę jakieś 7 miliardów fajek dziennie, ale tym najważniejszym jest ten pierwszy z rana. Czasem niestety zdarza się, że nie smakuje tak jak powinien, a to bardzo źle wróży na bieżący dzień. Wtedy palę fajka za fajkiem, dopóki nie zasmakuje jak należy. Czasem trzeba czekać na to aż do popołudnia, albo nawet wieczoru. I dopiero wtedy można zacząć prawilny dzień…

It’s a long lonely journey from death to birth.

Moja ulubiona pora dnia, to kiedy z jednej strony ciemność nocy i księżyc, a z drugiej świt oznajmia niedługie przebycie słońca. A po środku ja i szarość. Ani to noc, ani to dzień. Dawniej uważano to za magiczną porę, coś pomiędzy, np. między światem fizycznym i duchowym. Wtedy to harcują różne duchy, dobre i złe jak ja, a ludzi budzą szczekające psy.
Ni to dzień, ni to noc. Ni to śmierć, ni to życie. I choć jest to moja pora, to czuję, że utknąłem.
Czuję się martwy w środku, ale zmarli przecież nie czują. A więc jednak trochę żyję. Ale optymistycznie patrząc, mogę posłużyć za nawóz, bo nawet na trupach rosną czasem kwiaty, co nie raz udowodniłem swoją twórczością.
A może ja się po prostu jeszcze właściwie nie narodziłem i jestem na tej, jak to śpiewa Michael Pitts, długiej, mrocznej i samotnej drodze od śmierci do narodzin?

Choć jestem umiarkowanym pacyfistą (czyli przemoc jedynie w ostateczności, w obronie siebie, bliskich, kraju, wartości) i bydło szukające na mieście zaczepki uważam za podludzizm, to jednak muszę przyznać, że nie ma nic rozkoszniejszego od dania komuś w mordę. Mogę nie pamiętać swojego pierwszego razu z dziewczyną, ale pamiętam ze wszystkimi szczegółami pierwszy raz, gdy dałem komuś po mordzie (4 klasa podstawówki).
Nawet jeżeli moje szanse są nikłe, to ten pierwszy cios należy do mnie i nikt mi tego nie odbierze. Tylko że facet nie wie, że obrywa nie tylko za bycie mendą. Obrywa za to, za to że baba która nie wie co kierunkowskaz omal mnie nie potrąciła, za wczorajszego kaca i za psie gówno w które wdepnąłem. Obrywa za wygazowane piwo i za to że świat nie jest taki, jaki być powinien.
Całe to gówno, cała ta frustracja i złość kumuluje się w pięści. I nawet jeżeli potem sam muszę wypluwać zęby, to jednocześnie przeżywam prawdziwe katharsis, oczyszczenie…

W najnowszym „Widoku” ukazało się jedno z moich najstarszych opowiadań, „Piekło, które zamarzło”. Można poczytać również tu: http://edwardhorsztynski.blog.pl/2013/01/18/pieklo-ktore-zamarzlo/

Kiedy się opierdalam, mam kaca z powodu straconego czasu, a kiedy zapierdalam jak dziki osioł, wkurwiam się, że robię za mało. Choćbym od rana do rana stukał w klawiaturę i tak będę z siebie niezadowolony. Czasem się pocieszam, że przecież jestem młooody, że mam jeszcze szmat czasu. A potem słyszę tykanie i oczami wyobraźni widzę Kostuchę ze złotym rolexem, pukającą w tarczę zegarka. Bo nikt nie zna dnia ani godziny. I może nawet kiedy to piszę, już mi szykują w Piekle mój własny kocioł.
Ale nie boję się śmierci i mógłbym ją powitać jak starego przyjaciela. To co naprawdę mnie przeraża to to, że nie zdążę napisać tego wszystkiego, co mnie się w głowie nazbierało. A takiego Konstantego Kalinowskiego z „Szeptuna”, czy Alesia Miklaszewicza z „Obdartego” czeka wieczny Czyściec w postaci szuflady, a to co jeszcze siedzi w głowie, a nie zostało napisane – niebyt.

Szczęście i stabilność

Dziwne trochę to uczucie, kiedy moi rówieśnicy się żenią/wychodzą za mąż, robią dzieci i karierę (np. poprzez awans z biedronkowego kasjera na kierownika działu z psią karmą*), a ja wciąż próbuję jakoś ogarnąć swoje życie. A że trwa to niemiłosiernie długo i niezbyt mi wychodzi, to chyba dlatego, że podświadomie wcale tego nie chcę. Bo szczęście i stabilizacja sprzyjają stagnacji i są wrogiem twórczości. Bo od bycia szczęśliwym wolę samą pogoń za szczęściem. To podobnie jak z miłością. Ile wierszy czy wspaniałej literatury powstało z powodu niespełnionej miłości, lub traktuje o dążeniu do niej? Teraz jestem w stałym związku ze wspaniałą dziewczyną, nie mam na co narzekać i choć nasze uczucie wciąż jest gorące i co jakiś czas rozpala się na nowo, to jednak najlepiej wspominam czas, gdy musiałem się o Nataszę starać, a świeża, kwitnąca miłość mnie uskrzydlała. Więc tak jak z pojęciem szczęścia, pogoń za miłością, lub melancholijne czekanie na nią, wydaje się bardziej ekscytujące. A czasem niestety wydaje mi się, że jestem zakochany nie w osobie, a w samej idei miłości.
A i choć fajnie by było mieć stabilność (chociażby tylko finansową, bez martwienia się o jutro) to jednak najlepiej się odnajduję w chaosie, który sam wokół siebie tworzę, jeżeli go nie ma.
Kiedyś zapewne wiek, dzieci i stała praca zmusi mnie do ustabilizowania i ustatkowania się. Ale dzięki temu, że w dorosłe życie wkroczyłem jak żołnierz bez karabinu na wojnę, oraz temu że życia uczyłem się na błędach, przeżyłem piekło nałogów, ciężką i długotrwałą depresję, kilkutysięczne długi, kilka prób samobójczych, oraz poważne problemy zdrowotne, jestem już w pełni zahartowany. I kiedy ci wspomniani powyżej rówieśnicy będą się rozwodzić, wpadać w alkoholizm z powodu utraty pracy, przeżywać problemy finansowe i zdrowotne**, ja wszystko co najgorsze będę miał już za sobą. I choć mój życiowy start był ciężki, to cieszę się, że to się stało teraz, a nie kiedy będę miał dom, rodzinę, czy samochód, który zabrałby mi komornik.
Dzięki Bogu, bliskim i mojej własnej wewnętrznej sile ten najgorszy okres mojego życia jest już zamkniętym rozdziałem mojej autobiografii. I choć jeszcze wiele mi brakuje do pełnej ogarniętości, to mogę iść z podniesionym czołem przez życie i nic mnie już nie straszne.

E.H.

* A tak naprawdę, to wcale się nie naśmiewam, bo wiem jak ciężko o normalną pracę w dzisiejszych czasach.
** … i broń Boże, nikomu źle nie życzę, wręcz przeciwnie

Wspomnienie o Pawle Szeremiecie

Cztery dni temu w Kijowie został zamordowany Paweł Szeremiet. Większości Białorusinów i niektórym Ukraińcom nie trzeba przedstawiać ani tej postaci, sytuacji. Dlatego napiszę kilka słów po polsku. Bo warto.
Kiedy polskie pseudodziennikarzyny pokroju Tomasza Lisa płaczą, że w Polsce „hurr durr, reżim, dyktatura, państwo milicyjne, hurr durr totalitaryzm, aresztowania” bo nie przedłużyli mu umowy na program, za który dostawał 100tyś zł za odcinek i chodzą na marsze KODu, które wcale nie są zakazane, policja nikogo nie pałuje, a mimo to krzyczą o aparacie represji i terrorze, Paweł Szeremiet walczył z prawdziwymi dyktatorami i naprawdę ryzykował zdrowiem, wolnością, utratą pracy, a nawet życiem. Do czego w końcu niestety doszło.
Już w 1997 roku podpadł Łukaszence, gdy zrobił reportaż o białorusko-litewskim szlaku przemytniczym sankcjonowanym przez władzę Łukaszenki. Robił swoje niewygodne dla władzy reportaże i chodził też na demonstracje, na których milicja pałowała dziennikarzy tak samo jak i resztę demonstrantów. Za wspomniany wcześniej reportaż został aresztowany wraz ze swoim przyjacielem i stałym kamerzystą – Dźmitrym Zawadskim. Niedługo potem wyjechał do Rosji, co być może uratowało mu życie, bo w 2000 roku Zawadski został zamordowany przez służby Łukaszenki i tak sam los mógł spotkać Szeremieta.
Będąc w Rosji dalej walczył z dyktaturą na Białorusi, aż w Rosji pojawił się Putin, a dla Pawła przybył jeden wróg więcej. Dlatego z czasem przeniósł się na Ukrainę. Warto też dodać, że w Moskwie zaprzyjaźnił się z rosyjskim opozycjonistą, Borysem Niemcowem, który został zamordowany przez siepaczy Putina rok temu.
Paweł przez jedenaście lat był zagranicznym korespondentem niektórych polskich mediów, na Ukrainie pracował dla „Ukraińskiej Prawdy” i „Wiesti”, ale przede wszystkim był ojcem portalu „Biełorusskij Partizan”.
Jego życie zakończyło się w stylu mafijnych porachunków, czyli bombą podłożoną w samochodzie. Do eksplozji doszło w centrum Kijowa, gdy Paweł jechał jak co dzień do pracy…
Za swoją odwagę, wytrwałość i niezłomność, Paweł Szeremiet zasługuje na szacunek. A dla takich młodych dziennikarzy jak ja, powinien być wzorem do naśladowania. Wiecznaja pamiać.