Wkurwiłem wczoraj Złego, a on wkurwił mnie. I teraz jestem zły…, tak dobrze zły.
Przez ostatnie miesiące starałem się wyciszyć i wyszło to mi aż za dobrze. Tak się wyciszyłem, że stałem się martwy w środku jak jeszcze nigdy w życiu. Jakbym był duchem czy echem.
Pamiętałem uczucia, ale ich nie czułem. Wyobrażałem je sobie, jak jakiś socjopata. Patrzyłem jak wszystko przemija i nic nie robiłem, ponieważ martwi nie mają siły sprawczej. Byłem dla wszystkich miły i uprzejmy, bo to akurat nic nie kosztuje.
No i Zły, mój rogaty, posiadający czarne skrzydła przyjaciel i nieprzyjaciel w jednym, wkurwił się. „Zrób że coś do cholery! Cokolwiek! Czy to dobrego, czy złego! Walnij ze mną po piwku, albo zagraj mi na nosie by znów wyszło na Twoje. Zrób coś wielkiego, albo chociaż pierdnij, żebym wiedział że żyjesz”.
No i pierdłem mu w nos. W moich oczach znów zagościły złośliwe chochliki, umysł się wyostrzył jak miecz zrobiony przez Hattori Hanzo, a palce zaczęły skakać po klawiaturze jak u pianisty z adhd.
Jestem zły, ale tak dobrze zły. Jak Terminator, który rzuca przeklina, kozackie teksty, rozpierdala złych kolesi, ratuje laski i resztę świata.
„Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”