Gdyby nie szantaż emocjonalny bliskich, już od kilku miesięcy byłbym na froncie.
Postanowiłem, że w końcu się podzielę tym, jak chciałem iść na wojnę. I dlaczego chciałem to zrobić.
1. Mówi się, że wojna wyzwala w ludziach to co najgorsze. Czasem jednak wyzwala to co najlepsze, czasem zwykli ludzie w obliczu wojny są w stanie wydobyć z siebie takie pokłady heroizmu, którego by się nigdy po sobie nie spodziewali. A czasem… czasem wystarczy zachować swoje człowieczeństwo. Tylko tyle i aż tyle. Chciałem sprawdzić siebie, jakim człowiekiem jestem, sprawdzić co wojna wyzwoli we mnie. I byłem gotów zaryzykować, i zagrać w tę grę va bank.
2. Kłopoty. W tamten czas miałem mnóstwo kłopotów i tyle samo problemów sprawiałem moim bliskim i chciałem od tego uciec. A tam… na froncie, wszystko jest o wiele łatwiejsze. Widzisz problem – rozwalasz go. Albo on rozwali Ciebie.
3. Kiedyś marzyłem o tym, by zostać korespondentem wojennym. Wyjazd na front byłby taką szansą. Mógłbym pisać reportaże czy to z punktu widzenia żołnierza, czy ogółem: opisać szczerze ten konflikt, ludzi którzy w nim uczestniczą i ludzi, którzy przez tę wojnę ucierpieli. I dalej cierpią.
4. Tradycja. Walkę z Moskalami mam w genach. Moi przodkowie szli z Napoleonem na Moskwę, walczyli z Moskalami podczas powstania styczniowego i podczas wojny polsko-bolszewickiej. Chciałem się zaciągnąć do Taktycznej Grupy „Biełaruś”, by tak jak mój przodek, Jan Kalinowski, kapitan wojsk napoleońskich, walczyć z Moskalami pod znakiem Pogoni.
Nie miałem wcale zamiaru tam zginąć. Ukraina to nie Polska czy Białoruś, żeby za nią ginąć. I wiem, że bym nie zginął, bo wiem, że dobry Boh ma dla mnie swój plan. Więc co najwyżej nogi by mi ujebało. Albo bym wrócił jako zbrodniarz wojenny. Ale bym wrócił.
Pierwszy raz chciałem się zaciągnąć, gdy tylko się dowiedziałem o formowaniu się białoruskich oddziałów ochotniczych. No dobra, nie chciałem, tylko się głośno zastanowiłem. I to wystarczyło, żeby Nataha próbowała schować mi paszport, lub żeby sama ujebała mi nogi, zanim zrobiłaby to mina p-piechotna. Do tematu więcej nie wracaliśmy, aczkolwiek ta myśl mnie nie opuszczała. Latem ubiegłego roku podjąłem ostateczną decyzję. Zacząłem zamykać różne sprawy, przygotowywać się, a datę wyjazdu wyznaczyłem na koniec października. Została tylko rzecz najtrudniejsza i straszniejsza niż czołgi i rakiety ziemia-ziemia, czyli: powiadomić o tym rodzinę i bliskich. Zrobiłem to 2-3 tygodnie przed planowanym wyjazdem i tego co potem nastąpiło nie będę nawet opisywać.
Każdy, kto kiedykolwiek próbował skłonić mnie do zmiany zdania, wie, że jestem najupartszym uparciuchem i że mówić do mnie to jak walić grochem o ścianę. A raczej grochem w Panzerkampfwagen VI B Königstiger. A im bardziej mi na czymś zależy, tym bardziej rzecz niemożliwa staje się jeszcze bardziej niemożliwa. No nie da się i koniec.
Pierwszy raz w życiu uległem. Czy żałuję? Tak. I jakbym teraz, zaraz usłyszał „a wiesz co? możesz se jechać” to… to bym pojechał.