„Książki uczą, książki są mądre” – takie coś wpaja się non stop a potem jest wielkie zdziwko, że poziom czytelnictwa w Polsce (i ogółem po tej stronie galaktyki) jest tak strasznie niski.
To jest tak samo jak ze zdrową żywnością. Jak tylko się powie „zdrowa żywność”, „jedz bo to jest zdrowe” to od razu większość jest pewna, że skoro jest zdrowe, to musi być niesmaczne. Sam w sumie tak miałem za dzieciaka, dopóki sam nie zacząłem kucharzyć i nie ogarnąłem, że może być zdrowo i smacznie. Aczkolwiek łatwiej byłoby propagować „zdrową i SMACZNĄ” żywność niż tylko „zdrową” bo to nikogo nie przekona.
Podobnie jest z książkami. Bo jeżeli coś „uczy” albo „jest mądre” to znaczy, że jest nudne, a już na pewno nie może równać się z inną rozrywką typu gry, filmy i seriale. Tymczasem czytanie książek może być naprawdę zajebistą rozrywką.
I tak jak jest fantastyka wysokich lotów jak np. twórczość Lema, jest też fantastyka rozrywkowa jak np. „Kłamca” Ćwieka, albo seria o Jakubie Wędrowyczu Pilipiuka. Przy Wędrowyczu to już w ogóle można co chwilę kisnąć ze śmiechu. A przy okazji coś tam można zapamiętać gdyż Pilipiuk daje często dużo różnych ciekawostek. Tak samo babka, która non stop czyta jakieś bzdury (aczkolwiek dla niej rozrywkowe) typu romansy dziejące się w epoce wiktoriańskiej, również jakieś ciekawostki a propos epoki zapamięta. No i zawsze jest jakaś możliwość, że taki „amator” przejdzie później z lżejszej literatury na tą poważniejszą.
Zwłaszcza w szkołach powinno się propagować książki jako świetną rozrywkę, a nie tylko i wyłącznie jako coś co „jest mądre i uczy”. Bo klasyka literatury, pisana ciężkostrawnym językiem, raczej nie sprawi bo jakikolwiek uczeń sięgnął po coś innego. Nawet kiedy już nie będzie uczniem