Ofiara

Siedziałem pod drzewem i paliłem papierosa. Przypomniały mi się beztroskie wakacje sprzed lat. Zanim wybuchła wojna. Zaraz jednak wróciłem do rzeczywistości, patrząc na zmęczone i brudne twarze przyjaciół i towarzyszy broni. Czasem przed oczami widziałem również tych, których już nie było na tym świecie. A najbardziej bolało mnie to, że te wszystkie poświęcone życia, te lata walki w konspiracji, że to wszystko na nic. Wojna się skończyła, Hitler kaput, jest wolność, a Armia Czerwona pilnuje, by wszyscy byli szczęśliwi.
To już ponad dwa lata. Ponad dwa lata jak wojna się skończyła. Przynajmniej na zachodzie. Tutaj dalej jest okupacja i to za zgodą dawnych sojuszników. W polityce nie ma miejsca na sentymenty. Jednego dnia razem przelewamy krew, drugiego dnia zostajemy sprzedani w niewolę w zamian za fałszywy pokój.
Przez całe życie wierzyłem w sprawiedliwość. Nawet gdy Niemcy i bolszewicy dokonywali okropnych rzeczy, ja wciąż jak Hiob nie zwątpiłem i Boga nie przekląłem. Aż do teraz. Bo gdzie tu sprawiedliwość, kiedy razem walczono o wspólną sprawę, a potem jedni chodzą w defiladach i dostają kwiaty, a drudzy za to samo dostają zimne piwnice Urzędu Bezpieczeństwa i kilka gram ołowiu w tył głowy?
Teraz pragnąłem jedynie ocalić siebie i swoich towarzyszy. Za jakąkolwiek cenę. Wszyscy złożyliśmy już wystarczającą ofiarę na ołtarzu ojczyzny.
– Choćbym miał diabłu sprzedać duszę… – powiedziałem cicho i zacisnąłem pięść.
W tej samej chwili powrócił dowódca oddziału, major Kamieński, pseudonim Kowal.
– Będziemy nocować we wsi. Wchodzimy po zmroku.
Spojrzałem na człowieka, za którym kiedyś wskoczyłbym w ogień. Teraz już nikt nie wierzył w jego słowa, że wybuchnie wojna między Ameryką, a Związkiem Radzieckim. Że wszystko się zmieni. Że znowu będziemy potrzebni. Że… Desperackie nadzieje. Ten człowiek prowadzi nas w stronę zagłady. Rok temu było nas sześćdziesięciu. Teraz zostało szesnastu.
– Ocalę ich. Ocalę ich wszystkich – powtarzałem to jak modlitwę. Zaraz jednak spojrzałem na Kowala. Jasnym było, że póki ten człowiek dowodzi, prędzej lub później zginą wszyscy.
My Polacy, mamy opinie romantyków. Każdemu też się wydaje, że nie ma nic bardziej romantyczniejszego niż walka do ostatniego tchu i naboju, oraz śmierć za ojczyznę. Pokazywaliśmy to od stuleci, w szeregu beznadziejnych powstań. Z motyką na słońce. Taka śmierć jest chwalebna dla tych, którzy nigdy nie walczyli. Tak naprawdę nie ma nic romantycznego ani chwalebnego w umieraniu z kulą w brzuchu, leżąc we własnej krwi, moczu i gównie.
Po zmroku weszliśmy do wsi. U życzliwego nam gospodarza, zjedliśmy porządną kolację, pierwszy raz od wielu dni. Czułem się jakby była Wigilia. Wokoło ludzie, którzy byli dla mnie jak rodzina, stół pełen jedzenia, a wojskowe piosenki robiły za kolędy. Niestety, im bardziej było jak w domu, tym bardziej do tego domu się tęskniło.
Gdy napełniliśmy brzuchy, wszyscy poczuliśmy się śpiący. Dowódca dostał kwaterę w chacie gospodarza, nam zaś została przeznaczona stodoła. Po ciągłym spaniu w lesie, słoma była dla nas jak świeża, pachnąca, biała pościel.
Wyznaczyłem warty i poszedłem do stodoły. Choć czułem się zmęczony, wiedziałem, że sen nie przyjdzie zbyt prędko. Nigdy nie przychodził. Reszta chłopaków paliła papierosy, rozmawiała, żartowała, śmiała się. Byli tacy beztroscy. Oni martwili się tylko o swoje życia albo może i nawet o to nie, będąc gotów poświęcić je dla sprawy. Ja zaś martwiłem się o życia ich wszystkich. Gdy czasem brała ich nostalgia, rozmawiali o starych dobrych czasach. I co też będą robić po tym wszystkim. Ja zaś właśnie o to chciałem zadbać, żeby dożyli tych lepszych czasów.
Postanowiłem się przewietrzyć, a kiedy już wyszedłem, nogi poprowadziły mnie do kwatery majora. Wiedziałem, że nie spał. Wiedziałem co teraz robił.
– Wejść! – krzyknął, gdy zapukałem.
Był zalany. Od jakiegoś czasu upijał się, gdy tylko miał okazję. Z oddziału tylko ja o tym wiedziałem. Gdyby sprawa się rozeszła, odebrałoby to ludziom nadzieję. Znaczyłoby to, że Kowal sam tę nadzieję stracił.
– A, to ty Kordian – uśmiechnął się smutno. – Napijesz się?
Pokręciłem głową.
– No? – patrzył na mnie zamglonymi oczami, czekając, by poznać cel mojej wizyty. Tyle, że sam nie wiedziałem, po co tu przyszedłem.
– Co teraz będzie? – spytałem cichym głosem. Major zrobił minę jakby nie zrozumiał pytania.
– A co ma być? Walka! – uderzył dłonią w stolik. – Do samego końca!
– To może od razu w szesnastu pójdziemy na Moskwę? – spytałem tonem, jakim jeszcze nigdy nie odzywałem się do dowódcy.
– Niedługo Angliki i Amerykanie zaatakują Sowietów! Wtedy wszystko się zmieni! To my będziemy ich ścigać po lasach, a nie oni nas. To my…
– Nikt już w to nie wierzy! – krzyknąłem. Nie miałem ochoty po raz setny słuchać tych samych bzdur.
– Kapitanie Kordian! – Teraz on huknął tak, że aż stanąłem na baczność. – Odmaszerować – dodał już ciszej. – A swoje uwagi zachowajcie dla siebie. Bo będzie kula w łeb. Za sianie defetyzmu.
Zasalutowałem i wyszedłem. Czułem w ustach gorzki smak. Przytłaczało mnie uczucie beznadziei. Świeże powietrze wcale nie pomogło, choć w innych okolicznościach byłoby całkiem przyjemne. Szedłem cały czas przed siebie. Sójka, który stał na warcie nie pytał mnie o hasło. Na pewno wszyscy słyszeli moją kłótnię z majorem. Szedłem tak, aż doszedłem do ściany lasu. Cholernego lasu, który stał się moim domem, a w dalszej lub bliższej przyszłości stanie się moim grobem.
Usiadłem na mchu. Chciało mi się płakać. Od dawna zbierał się we mnie płacz, lecz już zapomniałem jak się to robi. Byłem wypalony. Choć ciało miałem całe, wojna rozdarła moją duszę. Każda kula, która dosięgła bliskich mi ludzi, zostawiła w niej dziurę. Ich ofiara, wcześniej miała jakiś sens. Wtedy była nadzieja w zwycięstwo, wierzyliśmy, że robimy to co powinniśmy robić i że jest to słuszne. Teraz jedyna nadzieja jaką mogliśmy mieć to taka, że umrzemy szybko i bezboleśnie. Innej nadziei mieć nie mogliśmy. Tylko dwa wyjścia były przed nami. Zginąć w obławie lub wyjść z lasu i zostać zakatowanym w więzieniu. Niestety wielu dało się zwieść ułudzie powrócenia do domów i do normalnego życia. Gdy w lutym ogłoszono amnestię, Borowy i Siwy postanowili się zdekonspirować. Od ich rodzin wiemy, że kilka dni potem przyszli po nich w nocy. Nam pozostała tylko modlitwa, o jak najkrótsze tortury dla nich i kulę w tył głowy.
– Uważaj na kleszcze.
Zerwałem się szybko i skierowałem lufę pepeszy w czarną postać.
– Kto tam?
– Swój – odpowiedział cień i zniknął.
– Co za diabeł… – powiedziałem do siebie, zastanawiając się, czy przypadkiem nie mam halucynacji.
– No właśnie, diabeł – usłyszałem za plecami. – Ale swój, polski diabeł.
Odwróciłem się szybko. Teraz, gdy stał bliżej, mogłem zobaczyć jego twarz i długie czarne wąsiska.
– No już, nie mierz do mnie z tej pukawki. Nie jesteś chyba komunistą, żeby strzelać do rodaków.
Nawet jakbym chciał opuścić broń, byłem zbyt sparaliżowany, by to uczynić. Patrzyłem tylko szeroko otwartymi oczami, na twarz rzekomego diabła.
– Diabeł Boruta – ukłonił się.
Otworzyłem usta chcąc się odezwać, lecz nie wyleciał żaden dźwięk.
– Kapitan Majewski, pseudonim Kordian. Tak, wiem. Miło mi.
– Cz-cz-czego chcesz? – wydukałem w końcu.
– Pomóc ci. Jako polski szlachcic, mam bardzo na pieńku z czerwonymi. Ale przyznam ci się, że wielu diabłów bardzo dobrze się czuje w mundurach UB lub NKWD. Teraz musisz już iść. Jeszcze porozmawiamy. Masz czas, żeby się zastanowić czy na pewno stać cię, by zapłacić cenę.
Zniknął. W tym samym czasie usłyszałem z głębi lasu czyjeś kroki, trzaskające gałęzie i szelest. Dużo kroków. Zbliżających się. Pędziłem jak opętany, biegnąc ile sił w nogach. Dzięki temu będziemy mieli dłuższą chwilę na ucieczkę.
– Obława! – powiedziałem głośno, do wartownika.. – Biegnij po chłopaków, a ja lecę po majora! – Tylko po cichu!
Major spał głębokim pijackim snem. Nawet się nie obudził, gdy wbiegłem. Już miałem go budzić, kiedy… zrozumiałem co muszę zrobić. Małe zło, dla większego dobra. Poświęcić jednego, by ocalić wielu. Wyszedłem i zamknąłem drzwi na klucz. Potem jednak mnie tknęło, że major zasłużył na spokojną śmierć we śnie, a nie zakatowany w ubeckiej piwnicy. Wróciłem więc i udusiłem go poduszką.
Chłopcy czekali na podwórku w pozycjach bojowych. Skrzyknąłem ich i ruszyliśmy w mrok nocy. Choć na ich twarzach było widać zdziwienie z powodu braku Kowala, nie pytali o nic, nie kwestionowali moich rozkazów.
Było mi źle z tym co zrobiłem. Ale nie zrobiłem tego dla siebie. Major był jak ofiara złożona pogańskim bogom, w intencji ocalenia.
Gdy wrogie oddziały przybyły do gospodarstwa, nas już nie było od paru minut. Biegliśmy przez całą noc, myliliśmy tropy, zmienialiśmy kierunki. Bardzo szybko przestaliśmy słyszeć szczekanie psów za nami. O świcie stwierdziłem, że jesteśmy bezpieczni i czas na odpoczynek. I tak wszyscy byli już zmęczeni.
– Panie kapitanie. Gdzie jest major? – W końcu usłyszałem to pytanie.
– Nie było go w swojej kwaterze. Gospodarza też nie widziałem. – To drugie akurat powiedziałem zgodnie z prawdą. – Możemy się tylko domyślać, co z nim zrobił. Bo to, że człowiek dający nam schronienie sprwadził na nas oddziały UB, wydaje mi się jasne jak słońce.
– Zdrajca.
– Powinniśmy wrócić i go załatwić!
Posypały się gniewne wyzwiska. Za zdradę, wiadomo – kula w łeb. Ale ciekawiło mnie dlaczego ten człowiek to zrobił. Na wojnie nic nie jest czarne albo białe. Może zrobił to żeby się przypodobać władzy i dostać zapłatę. A może zrobił to, ponieważ ktoś z jego rodziny jest w więzieniu i miał nadzieję, że władza odpuści tej osobie w zamian za jego uczynek. Był kiedyś u nas młody chłopak, o pseudonimie Witek. Współpracował z UB ponieważ mieli jego siostrę. Naprawdę, potrafiłem to zrozumieć. Nawet mimo tego, że wskutek jego działań zginęło kilku dobrych ludzi. Gdy się wydało, kara mogła być tylko jedna. A ja wykonałem wyrok.
Kazałem ludziom odpocząć, a sam poszedłem w las. I czekałem. Czekałem na naszą ostatnią nadzieję.
– Niech to, że zmyliłem psy, będzie dowodem moich dobrych intencji. – Choć na niego czekałem, Diabeł Boruta i tak mnie zaskoczył. – Gdyby nie ja, goniliby was, aż stracilibyście siły na dalszą ucieczkę. W końcu, śmiertelnie zmęczeni, podjęlibyście ostatnią walkę. I zginęlibyście.
Teraz, w świetle słonecznym, mogłem obejrzeć go dokładnie. Był to wysoki szlachcic, ubrany w bogaty kontusz. Na głowie miał kołpak, a przy pasie szablę. Jego oczy były tak samo czarne, jak długie wąsy.
– Co więc proponujesz? – spytałem.
– To, czego właśnie chcesz. Dla siebie i dla twoich ludzi. Będziecie mogli wrócić do domu. Bez żadnych konsekwencji. Nikt nie będzie was niepokoił, dostaniecie pracę bez problemu. Możecie nawet wyjechać na zachód.
– A w zamian chcesz moją duszę?
– Nie. Chcę dusze was wszystkich.
– Oni się nie zgodzą.
– Teraz ty jesteś ich dowódcą. Ich życia są w twoich rękach. Masz. – Podał mi mały notesik. – Niech każdy napisze tutaj swoje imię i nazwisko.
– Notes? Zamiast cyrografu napisanego krwią? – zdziwiłem się.
– Trzeba iść z duchem czasu.
– Obiecujesz, że kiedy to podpiszemy, dostaniemy to o czym mówiłeś?
– Daję na to nobile verbum.

Boruta szedł korytarzem. Tym razem ubrany był w garnitur, płaszcz i kapelusz.
– Przepustka – rzekł znudzonym tonem wyrostek w mundurze.
– Nie potrzebuję przepustki. – Boruta spojrzał na niego swoimi czarnymi oczami, tak jakby zaglądał w głąb jego duszy.
– Nie potrzebuje pan przepustki – powtórzył tępym tonem, a Boruta szedł dalej. Pokonywał kolejne korytarze i schody, nie zatrzymywany przez nikogo, aż w końcu stanął przed drzwiami Stanisława Radkiewicza, ministra Bezpieczeństwa Publicznego. Wszedł bez pukania.
Pomieszczenie było zadymione. Był to dym tytoniowy, ale równie dobrze mogłyby być to opary piekielne.
– Uhuhuhu. Prawie jak w domu. Witaj Azazelu – powiedział Boruta.
– Co masz dla mnie? – spytał siedzący na fotelu Radkiewicz
– Kilka nowych list. – Diabeł położył notes na biurku przełożonego.
– Świetnie. Dobre i to, choć my tutaj działamy bardziej hurtowo. Wielu przesłuchiwanych oddało swoje dusze w zamian za obietnice zwolnienia. Zaś moi kaci w przyszłości mogą zrobić konkurencję diabłom w Piekle. Napijesz się?
– Zawsze.
Radkiewicz vel Azazel rozlał spirytus do szklanek. Do pełna. Wypili jednym haustem.
– Ale ciągle nie mogę zrozumieć, czemu tak bardzo chcesz dawać tym ludziom to, co żeś przyrzekł – podjął temat Azazel. – Kiedy któryś z aresztowanych oddaje nam swoją duszę, to albo dalej gnije w więzieniu, albo dostaje kulę w tył głowy, by przyspieszyć sprawę.
– Bo oprócz bycia diabłem, jestem także polskim szlachcicem. I dałem im nobile verbum. A szlacheckie słowo nie dym. – Boruta spojrzał groźnie.
– Spokojnie. Pytałem z ciekawości. Twoim duszyczkom się nic nie stanie, są wolni. Dopóki nie umrą. Wtedy zasilą nasze szeregi. Wojna na Ziemi się skończyła. Teraz czas na wojnę w Niebie. A waleczniejszych skurwysynów od Polaków nigdzie nie znajdziesz.