Curriculum vitae

Od małego byłem bardzo niesfornym i kłopotliwym dzieciakiem. W sumie to równie dobrze mógłbym mieć wypisane na czole słowo „KŁOPOTY”. Im jestem starszy, tym coraz rzadziej mogę coś dodać do mojego „CV przypałów”, ale jednak niedawno dopisałem do niego kolejny punkt: spierdalanie z pogotowia z podłączoną kroplówką. I mam zamiar jeszcze co nie co dopisać, zanim naprawdę się zestarzeję…

Pisanie pozbawia cennego uczucia wstydu

Pisanie pozbawia cennego uczucia wstydu. I to wcale nie musi być pisanie o sobie. Zanim słowa i myśli każdej postaci czy narratora zostaną przelane na papier, muszą się najpierw stać moimi myślami. Niektóre myśli wnioski i poglądy rzeczywiście są moje, a pisarstwo nie od dziś kojarzy mi się z pewną formą ekshibicjonizmu. A może nawet jest ekshibicjonizm najbardziej zaawansowany, gdyż nie pokazuje ciała, tylko to co w środku i bardziej intymne od nagości. A z przyzwyczajenia powstaje potrzeba uzewnętrzniania się nie tylko za pomocą literatury.
Moja dziewczyna często zwraca mi uwagę, że za bardzo ograniczam swoją prywatność poprzez pisanie na blogu, czy facebooku. Ale przecież nie wrzucam stu zdjęć dziennie, nie oznaczam każdego miejsca w którym byłem, nie piszę co jadłem na śniadanie, ani że dupa mnie oszukała (nie, nie, Nataszka jest święta i w moim prywatnym kanonie już dawno została beatyfikowana. Pisząc, że dupa mnie oszukała miałem na myśli np. taką sytuację, że mnie przycisnęło, a jak usiadłem na kibel to… nic). A jeżeli okażę się sadystą i sprowadzę na ten nienajlepszy ze światów malutkiego Edzika, na pewno nie będę wrzucał co 5 minut jego zdjęcia z obsranym dupskiem. Tak więc nie, nie jestem takim typem człowiekiem i tego rodzaju ludźmi gardzę całkiem mocno.
To jest bardziej jak dawne upuszczanie krwi dla zdrowia. Tak i ja co jakiś czas muszę wyrzucić z głowy trochę myśli, zanim ciśnienie śródczaszkowe rozsadzi mi łeb.

Ja wcalę nie piszę dla sławy

Ja wcale nie piszę dla sławy. Dla kasy też zresztą nie i nie ma to nic wspólnego z mylnym przekonaniem, że skoro literaci i dziennikarze podpisują się swoim nazwiskiem, które pojawia się tu i tam, to znaczy, że muszą być sławni, a skoro są sławni, to znaczy, że śpią na kasie. Tak jednak nie jest, chyba że jest się autorem Harrego Pottera, Zmierzchu, czy 50 twarzy Greya, albo prowadzi się główne wydanie wiadomości w jednym z głównych kanałów.
A nawet gdyby jednak tak było, to nie miałoby to dla mnie większego znaczenia, gdyż nigdy nie byłem materialistą, ani w przeciwieństwie do większości ludzi nie marzyłem o super samochodzie, wielkim domu i o sporej liczbie zer na koncie. Ot, wystarczy mi tylko tyle, żeby zawsze mieć w kieszeni paczkę fajek, a moja szklaneczka na rum i whisky nie była pusta zbyt długo. No i oczywiście na drobne zachcianki typu książka czy jakieś dziwactwa…
A jeśli chodzi o sławę, to cóż… może dawniej. A raczej nie może, tylko na pewno, gdyż jak wielu nastolatków miałem potrzebę, by udowodnić swoją wartość przed głupkowatymi rówieśnikami, czy też nauczycielami, którzy traktowali mnie jak głąba i mówili, że nigdy nic w życiu nie osiągnę. Od dawna jednak znam dobrze swoją wartość, i bez wyolbrzymiania, i bez przesadnej skromności, wraz ze wszystkimi plusami dodatnimi i plusami ujemnymi, także nie mam już potrzeby, żeby coś takiego komukolwiek udowadniać.
A więc co? Sława – nie. Rozpoznawalność – tak. Rozpoznawalność przekłada się na sprzedaż książek, dzięki czemu można zarabiać robiąc to, co się kocha i pisać dalej. A i żeby być publicystą, bądź konkretnie a i przede wszystkim felietonistą, w dobrych i poczytnych mediach, również trzeba sobie wyrobić nazwisko.
A sławę, oklaski i paparrazich mogę zostawić komu innemu. Ja jestem zwykły chłopak z Podlasia i nie dla mnie takie rzeczy… ;-)

E.H.

Ja muszę pisać. Muszę.

Jak człowiek poświęca się swoim pasjom, pracy i różnym działaniom, to nie ma czasu myśleć o głupotach. A ja się ostatnio rozleniwiłem i nawet grypa żołądkowa mnie nie usprawiedliwia. Miło jest spędzić cały dzień na czytaniu i oglądaniu filmów, ale im dłużej to trwa, tym ciężej się potem zmobilizować. A przy bezczynności, wraz z czasem pojawia się marazm. Im dłużej to trwa, tym zimniej i mroczniej, a uczucie beznadziei gęstnieje. Tak więc odpalam tego piepszonego worda i stukam w te piepszone klawisze. Żeby się ratować. I zająć czymś głowę.

Gdybym…

Gdybym musiał wybrać życie bez kawy, albo życie bez papierosów to… to bym w ogóle życia nie wybierał.