Cudotwórca. Hochsztapler. Święty człowiek. Oszust. Wcielenie biblijnego Eliasza. Takie sprzeczne opinie o Eliaszu Klimowiczu krążyły już za jego życia i wśród tych którzy o nim pamiętają – krążą do dziś.
Na pewno prawdą jest to, że Eliasz Klimowicz był synem powstańca styczniowego i urodził w drugiej połowie XIX wieku we wsi Grzybowszczyzna i był prostym chłopem. Na początku XX wieku podobno doznał objawienia i szukając wyjaśnienia swojej wizji, udał się do Kronsztadu, w którym mieszkał jeden z najsławniejszych duchownych tamtych czasów – Joan Kronsztadzki. Był to cudotwórca, wieszcz i człowiek o wielkiej duchowości. Po tym, jak spełniły się jego proroctwa, został beatyfikowany. Choć dziś to brzmi zabawnie, święty dał Klimowiczowi pisemne zaświadczenie, że ten rzeczywiście rozmawiał z Bogiem.
Po powrocie na sokólszczyznę, Klimowicz wziął się za budowanie cerkwi. Wybuch pierwszej wojny światowej przerwał budowę, a Eliasz, tak jak wielu mieszkańców naszego regionu w tym czasie, został zmuszony udać się na bieżeństwo. W Rosji zobaczył rewolucję, ból, choroby, masowe morderstwa, kanibalizm i upodlenie rodzaju ludzkiego. Dla prostego i głęboko wierzącego chłopa z podsokólskiej wsi musiało to wyglądać na początek końca świata. To z czego Witkacy zrobił filozofię, Klimowicz zamienił w religię. Możliwe że wpływ na jego wiarę w koniec świata mógł mieć też Joan Kronsztadzki. Gdy Eliasz zobaczył, że spełnia się to wszystko, co tamten wieszczył, prawdopodbnie bardziej umocnił się w tej wierze.
W 1919 roku wrócił z bieżeństwa i z o wiele większą zawziętością wziął się za dalsze budowanie cerkwi. Wtedy też odeszła od niego rodzina, gdyż sprzedał wszystko łącznie z domem, by mieć pieniądze na budowę świątyni. Już podczas budowy zaczęły dziać się cuda. Świadek tych wydarzeń, pani Aleksandra Puciłowska z Talkowszczyzny twierdziła, że pewneo dnia podczas montowania kopuły na ludzi spadły cegły. Choć kilka osób powinno zginąć lub zostać poważnie poranionym, nic się nikomu nie stało, a cegły „przeszły” przez nich.
Jestem pewien, że ludzie ciągnęli do niego nie tylko z powodu wieści o cudach. W ostatnich latach ludność przeżyła pierwszą wojnę światową, wojnę z bolszewikami i bieżeństwo. Ci którzy w Rosji widzieli piekło rewolucji, po powrocie do domów często nie mieli nic, ponieważ pola stały odłogiem, a domy i budynki często były zrujnowane. Ludzie chcieli w coś wierzyć. Ilja głosił, że w ciągu kilkunastu bądź kilkudziesięciu lat świat spotka coś o wiele gorszego (i miał rację!), ale dawał również nadzieję i na tym polegał jego fenomen.
Przez to, że cerkiewka została skończona bardzo szybko, ludzie nazywali ją „cerkwią, która wyrosła z ziemi”. Wkrótce zaś zaczęły krążyć historie o Ilji, który uzdrawia i przepowiada. W następnych latach przybywało do niego tysiące pielgrzymów z Grodzieńszczyzny, Wileńszczyzny, z Wołynia i innych regionów. Wierni składali wiele datków, ale Klimowicza nie bardzo obchodziły pieniądze, a do tego nie bardzo umiał je policzyć. Starsi ludzie jeszcze pamiętali jak Klimowicz woził do Sokółki lub Krynek worki z pieniędzmi. Gdy przyniósł jeden do sokólskiego starosty, a ten zaskoczony spytał ile tam jest, Ilja odpowiedział „policzycie, to będziecie wiedzieć!”.
Sporą część z datków przeznaczał też na sierocińce i szpitale. Za swoją działalność charatytatywną został odznaczony medalem przez samego Józefa Piłsudskiego. Faktem jest też, że był lubiany przez administrację, znał się z wojewodą białostockim, policja często go chroniła, a kiedyś wstawił się za nim sam Prymas Polski August Hlond. Paradoksem jest, że choć uważa się go za prawosławnego duchownego, to właśnie z władzami prawosławnymi miał na pieńku.
Prawosławne duchowieństwo, zazdrosne o popularność i majątek Ilji, postanowiło przeciągnąć go w swoje szeregi i dać mu święcenia, gdyż Ilja choć był osobą duchowną, święceń kapłańskich nigdy wcześniej nie otrzymał. Pod warunkiem że cerkiew i ziemia zostanie jego własnością, przyjął święcenia i został mnichem. Następnego dnia się okazało, że ani cerkiew ani ziemia już do niego nie należą, świątynię obejmie pop, a on sam ma się udać do odległego klasztoru. Zrzucił wtedy habit, a popa przegonił. Później musiał się sądować z Cerkwią o prawo do świątyni i koniec końców sąd stanął po jego stronie.
Od tego czasu był przez Cerkiew nazywany heretykiem i bluźniercą, a popi otwarcie występowali przeciwko niemu i jego wyznawcom, których stale przybywało. Wielu było takich, co w niego nie wierzyło, lecz zmienili zdanie po spotkaniu z nim. Tak było na przykład w wypadku pewnego mężczyzny z Jałówki, który początkowo w wieści o Proroku Ilji nie chciał wierzyć. Postanowił pójść do niego dopiero gdy coś złego zaczęło się dziać z jego nogą, która spuchła tak, że buta nawet nie mógł włożyć. W jednym bucie przeszedł 30 kilometrów, a gdy dotarł do Ilji ten na jego widok powiedział „O, a to ciebie przygnało…”. Ilja chuchnął na jego nogę, przeżegnał się, chuchnął raz jeszcze, a następnie mężczyźni rozmawiali całą noc. Nad ranem Eliasz dał mu swój but, a gdy mężczyzna doszedł do domu, opuchlizna zeszła.
Podobnych przykładów uzdrowienia były tysiące, lecz obecnie niemożliwym jest sprawdzenie ich wiarygodności. Według świadków tamtych wydarzeń Ilja nie tylko przywracał wzrok, pamięć, płodność oraz wyganiał wszelakie choroby, ale również sprowadzał deszcz, bądź bezbłednie przepowiadał pogodę. Według pani Franciszki Radziewicz z Podlipek, pewnego dnia jechał przez wieś, gdzie ludzie zbierali siano. Ilja zawołał do nich „Grabcie, grabcie… ale zwozić nie będziecie!” i pojechał. Później na bezchmurnym niebie pojawiła się mała chmura, z której spadł niemały deszcz. Być może była to kara za pracowanie w święto? Wściekli mieszkańcy wsi chcieli później Ilję powiesić.
Choć Eliasz Klimowicz był wychowany w prawosławnej wierze, wydaje mi się, że nazywanie go prawosławnym jest błędem, gdyż prawosławie się go wyparło i vice versa. Ilja chciał stworzyć nową religię, na nowe czasy. W lesie w okolicy Grzybowszczyzny założył zaś osadę, która miała być nową stolicą świata, Nową Jerozolimą. Wierszalin, bo tak się nazywa jego osada, miał być rajem na Ziemi. Miejscem gdzie bliźni miłuje bliźniego, a zło nie będzie miało wstępu.
Wyznawcy Proroka Ilji, uważali go za wcielenie proroka Eliasza, który według Pisma Świętego miał zstąpić raz jeszcze na ziemię. Nasza mała ojczyzna jest tak piękna, że podczas tworzenia świata Bóg musiał poświęcić dodatkowy dzień, żeby doprowadzić ją do perfekcji, więc gdyby biblijny Eliasz chciał powrócić na Ziemię, nie zdziwiłbym się, gdyby wybrał sokólszczyznę :).
W 1934 roku wydarzyło się coś, co nadawałoby się na scenariusz do czarnej komedii. Chłopi z pewnej wsi uznali, że Ilja to nie jest wcielenie biblijnego Ilji, a wręcz samego Jezusa Chrystusa. Uznali, że ukrzyżowanie Chrystusa odbyło się zbyt dawno temu i trzeba je zrobić znowu. Na podstawie tego co zapamiętali z nabożeństw, postanowili zrobić misterium z prawdziwym ukrzyżowaniem. Chcieli odtworzyć wszystko identycznie jak w Bibli i podzielili się na role. Najgorzej było z wybraniem Judasza, ponieważ ten miał później popełnić samobójstwo. Rozstrzygli to przez losowanie, a następnie wystrugali krzyż, wzięli młot i gwoździe i tak poszli szukać Ilji. Gdy spotkali zaskoczonego Klimowicza, chłop odgrywający rolę Judasza podszedł do niego i pocałował go w policzek. Ten, gdy już domyślił się o co chodzi zdzielił „Judasza” pięścią w szczękę i uciekł. Kiedy chłopom nie udało sie go złapać, po prostu rzucili krzyż na ziemię i wrócili do domów, a Ilja podobno przez 2-3 dni ukrywał się w snopie siana. Później rozeszła się wieść o tych wydarzeniach i przez to, że Ilja nie chciał zginąć głupią i bezsensowną śmiercią, ucierpiała jego reputacja.
Mimo tego ludzie wciąż pielgrzymowali do niego z różnych zakątków i otaczała go spora grupa wiernych. Miał nawet swoich misjonarzy, oraz kastę nazywaną „trzecimi kapłanami”. Niestety, oprócz ludzi prawdziwie wierzących, ciągnęli do niego też różni oszuści, naciągacze, czy zwykli złodzieje chcący kraść darowizny pielgrzymów. Takich bardzo często traktował rózgą, krzycząc „schowaliście się za mną, jak za płaszczykiem Boha i robicie nie wiadomo co!”
Na pewno ciekawym wyznawcą był Paweł Wołoszyn, przez potomnych nazywany nawet „wierszalińskim Da Vinci”. Zajmował sie on malarstwem i wynalazkami. Z różnych skupowanych tu i ówdzie części zbudował chociażby silnik do traktora, prototyp samolotu, motor na prąd i samochód. Pracował też nad silnikiem spalinowym, który miał napędzać wiatrak w Nowej Jerozolimie. Jego syn, Borys Wołoszyn jest ostatnim mieszkańcem niedoszłej stolicy świata i ostatnim wyznawcą Proroka Ilji.
W Wierszalinie cuda działy się również, gdy Ilji już nie było. Wspomniany wcześniej mieszkaniec Jałówki, kazał swojej córce iść tam, gdyby działo się coś złego. Gdy w 1981 roku poważnie zachorowała, a lekarze nie dawali jej szans na przeżycie, za radą ojca zamieszkała w starym domu Ilji, gdzie głęboko się modliła. Spędziła tam kilka miesięcy i gdy potem poszła do szpitala, usłyszała tam od niekryjących zdziwienia lekarzy „to pani jeszcze żyje?!”. Po chorobie nie było nawet śladu.
Druga wojna światowa wyniszczyła całe państwa i narody i był to koniec świata jaki znali ówcześni. W tym sensie proroctwo Ilji o końcu świata się spełniło. A co się stało z nim samym? Jedyne co jest pewne to, to że po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1939 roku zniknął. Według niektórych został na miejscu zabity przez Sowietów lub lokalnych komunistów. Według innych został aresztowany, a później zabity, lub wywiezony na Syberię i zmarł w domu starców w Krasnojarsku. Mówi się też, że niczym biblijny Judasz, wydał go Sowietom jego następca, Aleksander Dawidziuk. Ja zaś czasem lubię wierzyć, że Prorok Ilja po spełnieniu się przepowiedni został powtórnie wzięty żywcem do nieba ;).

Tekst oryginalnie był publikowany na portalu isokolka.eu