Ja byłem kiedyś turpistą i choć wierszuchów już nie piszę, to dalej mam ogromną słabość do Bursy i Wojaczka.
Od wulgaryzmów nigdy nie stroniłem i dalej uważam, że wulgaryzmy, gówno, sperma i inne kloaczno-rozdrodcze spierdolenia mogą być wyrazem ekspresji. I nie raz spotykałem się z komentarzem „ooo, napisał słowo „dupa”, żeby zaszokować, żeby zwrócić uwagę”.
Nie, tu chodziło o szczerość. I intensywność danego uczucia. Bo między „złością” a „wkurwieniem” jest taka sama różnica jak między „lubieniem”, a „kochaniem”. To jest po prostu skala.
Problem pojawia się, gdy ktoś rzeczywiście używa takich turpistycznych „gadżetów” by zaszokować, oburzyć, obrazić. Bo „to takie odważne”.
Problem ze sztuką nowoczesną jest taki, że nikt jej nie rozumie, ale się do tego nie przyzna, żeby nie wyjść na głupka. A jak ktoś zapyta o co w tym chodziło, można zacytować recenzję pełną pseudointeligenckiego bełkotu.
No ale skoro nie można przykuć widza sensem, przesłaniem i artyzmem, trzeba go przykuć innym sposobem. Jakim? A no właśnie takim.
Po co więc tworzyć sztukę, która sztuką nie jest? Tutaj pozwolę sobie zacytować aktora Emiliana Kamińskiego:

„Ja chcę dać taki przykład reżysera, który na spotkaniach teatralnych dyskutował z widownią. Akurat moja córka tam była. I zapytała go widownia: „Dlaczego pan zrobił taki spektakl, z którego my nic, jako widownia, z tego nie rozumiemy”. A przypominam, że to była widownia spotkań teatralnych, także wysublimowana. A on na to powiedział: „A ja nie robiłem tego dla widowni, co mnie obchodzi, że wy nie rozumiecie?”. To dla kogo pan robił? „Myśmy tu bardzo fajnie czas spędzili z aktorami” – odpowiedział ów reżyser. W porządku, absolutnie, ale kolego za własne pieniądze. Za pieniądze publiczne, ty nie masz prawa sobie miło spędzać czasu, tylko musisz zrobić coś, co byłoby komunikatywne, bo robisz to dla widowni”.

Otóż to. Gdy artysta musi się utrzymać ze swojej sztuki, to wtedy daje z siebie wszystko, wyciska z siebie pot, duszę i serce. Bo jeżeli nie będzie to szczere i dobre, nie sprzeda się. I jestem pewien, że gdyby autor „Klątwy” i jemu podobni, posiadali prywatny teatr bez ani jednej złotówki z państwowych dotacji, to szybko by zbankrutował. Rynek by zweryfikował.
Choć mam trochę sympatii do kurew (tych z zawodu, nie z charakteru) to strasznie nie podoba mi się sytuacja, w której prawdziwi aktorzy lądują na ulicy, a kurwy na scenach teatru.
Chociaż jako katolika, oburza mnie profanowanie postaci Jana Pawła II, nie chciałem pisać o obrazie uczuć religijnych, ponieważ by być obiektywnym, piszę te słowa jako artysta, nie jako katolik. Ale nawet jako ateista, nie mógłbym milczeć na widok takiej hipokryzji, gdy ci, miłujący wszystkie kultury i religie, nie-rasiści i nie-ksenofoby, w sposób głupi i wulgarny profanują chrześcijańskie symbole i wkładają se do pizdy flagi europejskich państw takich jak Polska czy Watykan.
„Odważne” – komentują krytycy. Odważne to by było, gdyby inscenizowali ruchanie w dupę Mojżesza czy Mahometa, albo gdyby nasikali na Koran. I przysięgam, że mimo moich antyislamskich poglądów, byłbym równie oburzony.
Tacy to „nowocześni artyści” obrzydzają ludziom słowo „artysta”. I choć sam jestem artystą przez definicję, nigdy tak się nie określałem, gdyż dla mnie to słowo już dawno zaczęło nabierać pejoratywnego znaczenia. Już wolę się określać jako rzemieślnika, rzemieślnika słowa. A na koniec, przytoczę jeszcze cytat z „Pożegnania jesieni” Witkacego:

„Minęły czasy metafizycznej absolutności sztuki. Sztuka była dawniej jeśli nie czymś świętym, to w każdym razie „świętawym” – zły duch wcielał się w ludzi czynu. Dziś nie ma w kogo – resztki indywidualizmu życiowego to czysta komedia – istnieje tylko zorganizowana masa i jej słudzy. Od biedy zły duch przeniósł się w sferę sztuki i wciela się dziś w zdegenerowanych, perwersyjnych artystów. Ale ci nikomu już nie zaszkodzą ani pomogą: istnieją dla zabawy ginących odpadków burżuazyjnej kultury.”