Po tym co teraz napiszę, pewnie niektórzy zaczną mnie traktować jak debila (chociaż nad większością ludzi góruję inteligencją) albo za upośledzonego (choć w kwestiach społecznych rzeczywiście jestem upośledzony). Niektórzy może nawet będą chcieli wykorzystać ten fakt, lub co gorsza – wykorzystać mnie.
Ale mam dość ostracyzowania, braku zrozumienia, mam dość słuchania „jak możesz tak robić?!” kiedy ja nie wiem, co takiego zrobiłem, mam poczucia wina, że krzywdzę kogoś choć nie mam najmniejszego pojęcia jak to zrobiłem i dlaczego ta osoba czuje się skrzywdzona. Mam dość poczucia winy i czucia się jakimś potworem.
Po latach chodzenia po różnych lekarzy, z których każdy stwierdzał co innego, każdy przepisywał inne leki, po których było tylko gorzej, w końcu trafiłem na kogoś kompetentnego i okazało się, że mam Zespół Aspergera.
Rozpoznalność ZA jest bardzo słaba, a w Polsce to już w ogóle. Nawet wśród psychiatrów. Najgorzej zawsze przeżywają rodzice, „jak mogliśmy tego nie zauważyć?”. Ale ja nie mam pretensji.
I dla niewtajemniczonych: jest to lekki autyzm, choć od autyzmu w sensie stricte różni się to bardzo.
Choć umysłowo i intelektualnie wyprzedam znacząco większość ludzi, to jestem upośledzony społecznie.
Nie rozumiem kodów społecznych, nie rozumiem co „wypada” a co „nie wypada” robić, jak się zachowywać, ani co można a czego nie można robić.
Okazało się też, że dużo tych kodów znam, tylko one są wyuczone, a nie rozumiane. Wiem, że nie powinienem czegoś robić bo dostanę opierdol, albo będą się gapić, ale nie rozumiem dlaczego tak jest. Musiałem się tego wyuczyć, żeby jakoś przetrwać. Tak samo jak musiałem się nauczyć kłamać, lub trzymać swoje myśli dla siebie. Chociaż i tak nagminnie zdarza mi się kogoś obrazić. Bo my, aspi, mówimy bardziej faktami niż opiniami. Często mówimy bez ładunku emocjonalnego. Jak powiem Basi, że jest brzydsza od Kasi, znaczy to dla mnie tyle samo, że dzisiaj jest brzydsza pogoda niż dzisiaj, albo tyle co jakbym powiedział, że ten samochód ma bardziej czerwony kolor od drugiego i inny wzór felg. Tak samo ludzie myślą, że się z nich nabijam, kiedy komuś powiem, że ma duży nos, wklęsły sutek, czy że dziewczyna ma męski podbródek. To nie jest nabijanie się, to jest (czasem obsesyjne) zwracanie uwagi na szczegóły. I nie ważne, czy to chodzi o nos, czy część samolotu czy armaty. Również kiedy mówię komuś, że jestem od niego inteligentniejszy, lub lepszy w jakiejś dziedzinie, to wcale nie nazywam go głupkiem. Jestem po prostu przekonany, że zna swoje ograniczenia tak samo jak ja znam swoje. Ja się nie obrażam, gdy ktoś mi mówi „ja dam radę to podnieść a ty nie” albo „nie dasz rady przebiec sprintem 1km”, czy „znam konstrukcję tego przedmiotu lepiej od ciebie”. Przyjmuję, że mówi fakt nie opinię. Ale to też sprawia, że ktoś może mnie obrażać, a ja tego nie wiem. Ot, np. ktoś kiedyś w szkole spytał mnie skąd mam taką koszulę. Choć zaskoczyło mnie jego niespodziewane zainteresowanie moją osobą, odpowiedziałem z pełną powagą „mama mi kupiła”. Typ zbaraniał. Nie tego się spodziewał. Później się dopiero dowiedziałem, że on chciał się ze mnie ponabijać. Takie coś może brzmieć dziwnie, biorąc pod uwagę, że często posługuję się sarkazmem, ironią i metaforami w sposób mistrzowski. Może nawet w sposób zbyt mistrzowski i temu niezrozumiany dla większości. Już jeden kumpel od dawna próbował rozkminić, że często nie łapię ironii czy kpiny tak prostej, tak oczywistej, że aż bije po mordzie, a z drugiej strony wyłapuję ukryty przekaz na najwyższym levelu.
A oprócz tego mam „perfekcyjna znajomość języka, zwłaszcza część ekspresyjnej, przy jednoczesnym upośledzeniu komunikacji werbalnej”. Dlatego inaczej mnie się czyta niż słucha. Mówię często w sposób chaotyczny, stosując bardzo dużo skrótów myślowych, nie biorąc pod uwagę, że słuchacz tych niewypowiedzianych myśli przecież nie słyszy. Oprócz tego skakanie z jednej myśli na drugą. Kiedy zaś siadam do pisania, wszystko staje się proste, czyste i klarowne, i przede wszystkim uporządkowane. Wyrazy się składają, jedno zdanie przechodzi w drugie. Dlatego też wolę pisać mejle, wiadomości, smsy, niż dzwonić lub rozmawiać. I zawsze jak mam gdzieś zadzwonić, czy komuś co przedstawić układam takie przemówienie, takiego mejla w myślach układam. I wystarczy, że ktoś mi przerwie choćby jednym słowem. Od razu wszystko mi się wali, plączę się, gubię, zapominam. Nie raz czułem się jakiś niepełnosprawny, jakbym dopiero pisząc potrafił się wyrazić, czy komunikować.
A oprócz tego mowa typowa dla ZA, na którą zawsze mnie ganiono, czyli mowa szybka, monotonna, z połykaniem końcówek i czasem z jąkaniem.
O ile ci z autyzmem są geniuszami w naukach ścisłych, to ci z aspergerem są wybitni po prostu w tym co ich interesuje. A często są to zainteresowania bardzo unikalne, szczegółowe. Jak np. stosunki fińsko-rosyjskie w XIV wieku, czy też budowa latarki (zwłaszcza te pierwsze, mega brzydkie i nieporęczne modele latarek, z papierowymi rurkami są… bardzo ciekawe :D). I często możemy w kółko mówić o tym, co nas interesuje, będąc jednocześnie głuchymi na wszystko inne. I tak jak ja wszystko robię na odpierdol, to inne rzeczy, jak np. pisanie, robię z pedantyczną precyzją i pochłania mnie to całkowicie. I tak chciałem se popisać pół godzinki, a potem się okazuje, że już zrobiło się ciemno bo minęło 5 godzin.
Potrafię też „czytać z pamięci” ale tylko jeśli coś mnie interesowało. Ot, na przykład usłyszane historie, anegdoty i kawały opowiadam później dalej słowo w słowo, niczego nie zmieniając. Tak samo mogę odtworzyć słowo w słowo jakąś rozmowę, choćby się wydarzyła rok temu. (jest to bardzo przydatne jak chce się coś komuś wypomnieć :D). Tak samo kiedy mówię o tym, co gdzieś przeczytałem, cytuję wszystko dosłownie, z pamięci. Jako pisarz muszę bardzo się tego wystrzegać, by niechcący nie popełnić plagiatu. Raz już nieświadomie splagiatowałem sam siebie. Mimo że między napisaniem jednego tekstu na isokolka, a drugim, było jakieś pół roku różnicy, nieświadomie przepisałem z pamięci całe akapity. Także część tekstu była nowa, a część co do słowa skopiowana z innego tekstu. Dostałem srogi opierdol, szef myślał, że zrobiłem to celowo, żeby zaoszczędzić czas i żeby tekst był dłuższy i że myślałem że się nie połapie. Ale ja nie mam do niego najmniejszych pretensji ;).
Do kodów społecznych należą wzorce zachowań, jak się zwracać do takich osób a jak do innych. Ja nieświadomie, choć uświadomiłem to sobie już lata temu, wykształciłem tylko dwa wzorce zachowań, jeden dla grupy „per Ty” i drugi dla grupy „per pan”. I tak na przykład w gimnazjum, nauczycielka od angola, która była bardzo zdystansowana i podchodziła do uczniów na luzie, trafiła do grupy „per ty”. Czyli znalazła się w tej samej grupie co np., koleżanki z klasy. I kilka razy pozwoliłem sobie na za dużo, był straszny raban, wzywanie rodziców do szkoły itp. A ja  byłem przerażony, bo nie wiedziałem co się stało. Podobnie kiedy w tej czy innej pracy, szef zaproponował przejście na „Ty” i trafił do tej samej grupy co kumple, przyjaciele, znajomi. No i… różnie to bywało.
Ale możecie się domyśleć, że największe piekło to był okres szkolny. Pierwsze poważne załamanie nerwowe, którego efektem była poważna depresja, miałem gdy miałem 11 lat. Nauczycielka po raz kolejny z rzędu trzymała mnie przez 20 minut przy tablicy. Tak długo, bo ja kompletnie nie rozumiałem o co jej chodzi, a ona się uparła, że będzie mnie trzymać dopóki nie zrozumiem. Koniec końców się załamałem, wybiegłem z klasy i uciekłem do łazienki. Nie było żadnego pocieszanie, próby zrozumienia. Najważniejsze i najbardziej oburzające było dla niej to że „jak on mógł tak trzasnąć drzwiami?!” i przede wszystkim o tym truła rodzicom. O pierdolonym trzaśnięciu drzwiami. Ale do niej też już nie mam pretensji, rozumiem, że mogła nie rozumieć.
W każdym razie, już w tym wieku starałem się tłumaczyć, najlepiej jak potrafiłem, że mój tok myślowi chodzi trochę innymi torami. Że kiedy ktoś mówi o czerwonym autobusie, wszyscy myślą o autobusie, a ja o tym, że jest on czerwony.
Tak, jak wyuczyłem się różnych kodów społecznych, tak samo nauczyłem się mimiki. Większość min wyćwiczyłem przed lustrem, lub podpatrzyłem od innych ludzi, czy z filmów. Nigdy nie potrafiłem uśmiechać się do zdjęcia. Zawsze wyglądało to strasznie sztucznie. Co nie znaczy, że nie umiem się uśmiechać, umiem, ale nie na zawołanie. A mam jedną minę, która jest w 100% autentyczna i prawdziwa :D. Jest to wtedy kiedy okazuję zdziwienie, nie raz słyszałem, że to się by nadawało na jakiegoś mema :D.
Mam też „ślepotę umysłu” jeśli chodzi o odczytywanie cudzych intencji, emocji, nastrojów. Często mogę coś gadać lub robić nie wiedząc, ze ktoś się irytuje coraz bardziej i bardziej, nie czuję nadchodzącej burzy, więc robię/gadam tak dalej, aż w końcu ta osoba wybucha. A ja nie wiem co zrobiłem źle. Już prędzej myślę, że mnie nie lubi.
A oprócz tego nie patrzymy w oczy. I się wyjaśniło, dlaczego kompletnie nie mam pamięci do twarzy. Bo właśnie nie patrzę w oczy i zawsze mi się to wydawało, to strasznie krępujące. Chyba że chciałem posłać komuś mrożące krew w żyłach, nienawistne spojrzenie. Wtedy mam dość determinacji by spojrzeć i módlcie się bym nigdy na was tak nie spojrzał.
Ale właśnie przez te kompletnie nie rozumienie cudzych emocji, czy też sztywną lub sztuczną mimikę ludzie biorą aspich za jakichś robotów. Tym bardziej jeśli się weźmie pod uwagę, to co mówiłem wcześniej o mówieniu faktami, bez kontekstu emocjonalnego. Także biorą nas za robotów bez serca, którzy prosto w ocz…, którzy prosto w twarz, bez cienia emocji potrafią Ci powiedzieć, że jesteś stara, gruba i masz zeza. Sam nie raz słyszałem, że jestem nieczułym potworem.
Ale to nieprawda. Nie jesteśmy robotami. I bardzo, bardzo pragniemy kochania, zrozumienia i akceptacji. Choć możemy nie odczuwać cudzych uczuć, swoje uczucia odczuwamy o wiele, wiele mocniej niż przeciętni ludzie. Mocniej też cierpimy.
I nie jest też prawdziwy stereotyp, że ludzie posiadający te spektrum autyzmu, stronią od ludzi. Wręcz przeciwnie. My bardzo pragniemy kontaktu z innymi ludźmi, lecz przez naszą inność i nasze dysfunkcje natrafiamy na przeciwności. A odrzucenie odczuwamy bardzo silnie i uciekamy w głąb siebie. Chyba, że ktoś wyrazi zainteresowani nami i akceptuje nas. Wtedy z cichego odludka zamieniałem się w radosnego chłopca, bardzo oddanego przyjaciołom.
Mam też ogromną skłonność do kolekcjonowania, katalogowania i segregowania rzeczy. Bardzo często też układam swoje karty z gwiezdnych wojen na różne sposoby, oraz bardzo lubię układać książki po autorach, tematykach, wielkościach i alfabetycznie. I strasznie mnie wkurwia że mam 6 tomów wiedźmina w jednym, nowszym wydaniu, a jeden tom mam w starym, białym wydaniu. I za każdym razem gdy na to patrzę, mam ochotę wyjebać całą półkę. Tylko że nigdy nie pasowało  mi to do autystycznej pedantyczności, ponieważ jestem też bałaganiarzem. Ale okazało się, że wszystkie te rzeczy, które tworzą bałagan, to są właśnie rzeczy których nijak nie da się posegregować. Tu jakaś bateria, tam linijka, tam jakiś stary klucz lub inne klamoty. A jakbym miał takich linijek z 20, to miałbym je posegregowane, np. po wielkości. Albo trzymał w oddzielnym pudełku, tak samo jak mam oddzielne pudełka na paczki po fajkach (każda inna), kapsle po piwach, stare ładowarki, stare kable i tak dalej. Bo rzeczywiście, mam trochę tych pudełek…
A do tego mam masę nawyków, trzymam się różnych rutyn, rytuałów i strasznie nie cierpie kiedy ktoś lub coś mi to zakłóca. A także przerażają mnie nowe sytuacje.
Ale wiecie co poczułem, kiedy usłyszałem diagnozę? Szczęście. Z jednej strony ulgę, że nie jestem złym człowiekiem, że kiedy mówiłem o czerwonym, miałem rację tak samo jak ten, kto mówił o autobusie. I że zagadka w końcu została rozwiązana.
Mówiłem, wcześniej, że zawsze badałem swoje ograniczenia. Ludzie z ZA mają też ogromną skłonność do obsesyjnego analizowania siebie. Tak i ja analizowałem wszystkie anomalie, nieprawidłowości, i to co wg innych odbiega od normy. Najgorsze są rzeczy, których nijak nie dało się zrozumieć, co było niezwykle frustrujące. I nieważne czy chodzi o znalezienie przyczyny danej anomalii w zachowaniu, czy o fizykę kwantową. I o ile pewne rzeczy można było wytłumaczyć tak i tak, to wiele nie dało się nijak i nie miało z niczym związku.
To tak jakbym przez całe życie układał puzzle z miliona kawałków. Albo nie. Raczej jakbym próbował rozwikłać bardzo skomplikowany szyfr, taką enigmę razy tysiąc. Brakowało mi tylko wzoru. Mogę to porównać do gwiaździstego nieba, a każda gwiazda coś znaczy. Używając niektórych szyfrów (typu socjopatia, czy borderline) mogłem część gwiazd połączyć w różne konstelacje, ale cała reszta dalej nie miała sensu. Były też pojedyncze gwiazdy, jak np. gwiazda polarna, czyli rzeczy które współdziałają z aspergerem lecz równie dobrze mogą istnieć oddzielnie. Jest to bezsenność, światłowstręt, tiki, czy nawet… niezdarność. Gdy otrzymałem w końcu wzór w postaci zespółu aspergera, szyfr został złamany, wszystkie gwiazdy się połączyły a na niebie i powstał jeden wielki obraz, taka wielka panorama racławicka. Oprócz tego wszystkie drzwi się pootwierały, wszystkie zamki trach!, trach!, trach! pootwierały się z hukiem. I nagle wszystko nabrało sensu. Również rzeczy o których już zapomniałem, jakieś głupie nieporozumienia itp.
To było zbyt ekscytujące, żebym mógł to opisać. Nawet z moim bogatym słownictwem.
I tak, jestem teraz szczęśliwy jak nigdy dotąd. I teraz już w pełni znam swoje ograniczenia. Wiem też, że jeżeli bardziej skupię na pewnych kierunkach, to mogę dojść do wybitnych osiągnięć.
Badacz mojego zaburzenia, Hans Asperger pisał: „Niezachwiana determinacja i intelektualna przenikliwość, skrupulatność i skupienie się na jednym celu mogą prowadzić do wyjątkowych osiągnięć”.
Aspergera miał też Albert Einstein, George Orwell i Charles De Gaulle. Ma go też Messi, czy Janusz Korwin-Mikke.
Co do tego ostatniego, to w końcu rozumiem, czemu ja go rozumiem całkowicie, kiedy większość go ma za wariata :D.